
Napisała - Madzia
Kiedy - 2006-05-28 09:43:07
Już prawie ...
Już prawie czuje się te wakacje.
Czuje ciepły wiatr.
Czuje ten luz w szkole.
Widzę tę całą masę zastępstw z powodu zielonych szkół, a więc bosko !
Widzę letnie, lekkie ciuchy na wystawach sklepów.
Jest pięknie.
No gdyby nie wczorajszy KFAK.
Jakiś dziwny był, może dlatego ,że to mój pierwszy ?
Nie chyba nie dlatego.
Pomijam fakt ,że Patrycje Kruczyńską prąd popieścił i musiała odjechać karetką do szpitala.
Ogólnie atmosfera była dzika ...
Smerfy wypadły, wogóle chyba szkoda gadać bo to dzikie było.
No i Manticore.
Patrząc na opis Frani
- Piotrek Ł. Wymiatasz (Manticore rlz)
zastanawiam się czy tak faktycznie było.
Osobiście moim zdaniem nie, z zaawansowaną anginą śpiewać nie mogłam.
Więc to był jakiś taki dziki krzyk.
Jacek mi zażucił, że się nie ruszałam.
Możliwe, bo jak do tego się ruszać ?
Ah, ja zażucam kochanym gitarzystą, że nie nastoili się i fałsz wychodził.
Gwoździem do trumny było to co Bogna krzyknęła
-Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść.
No tak, po tym chciałam z Michałem zejść, Piotrek nas powstrzymał.
Koniec straszny, nie ukłoniłam się, wybaczcie. Ale ja myślałam że zemdleje tam. Załamana występem wlepiłam uśmiech na twarz. Agnieszka mi poprawiła humor dopiero kilka minut później jak zaczęłyśmy tańczyć.
Haha, kocham tą niunię za to że mnie rozweseli :)
Pocieszy ...
Pokocha ...
Potańczy ze mną ...
Potem nastąpiły gratulacje i uściski za występ, hahahaha ciekawe czy to za tak udane fałsze ?
Atmosfera na koniec się rozluźniła.
Wróciłam w zupełnie pogodnym nastroju.
Jak tylko przekroczyłam próg domu, padłam na łóżko.
PADŁAM.
Poporstu padłam, rzuciłam się ....
... i zasnęłam.
Potem wieczorkiem seria South Parku i malowanie i książki.
I czuje się jak nowo narodzona :)
skomentuj (2)
Napisała - Madzia
Kiedy - 2006-04-22 20:11:01
To chyba jakiś dżołk.
Tak bym opisała ostatnie wydarzenia.
Nie chodzi tylko o nasz wspaniały rajd, o tym za chwilę. O wszystko. Dostaje ładne oceny, samopoczucie wzrastam i no i może eee stan uczuciowy ?
Hah, tak właśnie tak. Śmiesznie i fajnie. Mogłoby być tak zawsze.
A teraz wracamy do naszego głównego tematu czyli wspaniałego rajdu szlakiem naszej historii. Był to nasz pierwszy samodzielny patrol, jakież ekscytujące.
Ruszyłyśmy najpierw do punktu którego (jak się potem okazało wcale nie było).
Położony był daleko, za górami, lasami, no i jeszcze za gołąbkami. Wspaniała wieś - zMORY. Błąkając się po polu szukałyśmy punktu 109. Po godzinie wspaniała grupa blondynek zorientowała się że prawdziwy punkt 109 jest we ursusie. Pojechałysmy do kolejnego celu - Factory. Pozdrowiłyśmy seksownym przymrużeniem oka wszytskich roboli i ruszyłyśmy do włoch. Chyba najciekawszy punkt, jestem dumna z pani i z nas.
Oh no i ostatnie dwa punkty na okęciu.
Pozdrawiamy pana sybiraka, który krótko zwięźle i na temat opowiadał z pół godziny. JEST PAN WSPANIAŁY !
Na koniec przystanek w McDonaldsie i powrót. Zmordowane na przystanku na połowie ławki we cztery. Dominika podnosząca papierki z Ziemi i czytająca je, paszczak marudzący , aga i ja.
A potem autobus, w którym Dominika przeżyła najlepsze doświadczenie - Podskoczyła. Zacytuje ją
,,Ja podkoczyłam hahahahahahah,, no i może jeszcze coś z mor
,,Biegnijcie, bo nas konbajn przejedzie,, .
Kocham was, za rok podbijamy taką wieś za piastowem !
skomentuj (6)
Napisała - Madzia
Kiedy - 2006-04-16 16:52:12
Święta - jeszcze jedno jajko i nie wytrzymam !
Ah, jakaś taka ulga ...
Już po śniadaniu, już po obiedzie.
Koniec całego rodzinnego zoo.
No i większość przerwy świątecznej za nami, jeszcze jedno jajko, jeden nudny dzien w domu i zwariuje. Naprawdę, zacznę walić głową o słup albo wyjdę w pidżamie na dwór w deszcz ( to by było całkiem przyjemne), ale przynajmniej zamknęli by mni w tworkach. Miałabym tam towrzystwo, nowy pokoik i wogóle.
No dobra jak widzicie naprawdę jest ze mną źle ... NO ! Wczoraj zmusiłam się do porządku w szafie , standartowo wyrzuciłam połowe do Caritasu nie zastanawiając się ani sekundy.
Nie jestem jednym z tych chomików co to zatrzymują pojemniki po lodach, bluzki z dzieciństwa, poderżnięte głowy lalek i flakoniki po perfumach z tandetnych gazet - szmatławców. A wracając do tematu świątecznego. Może lepiej nie ?
A jednak, w sobote byłam na zakupach. Interesujące ... Napchałam
się kebabem, kupiłam płaszcz, bluzkę.
Dziś - śniadanie wielkanocne, odrabienia lekcji. Naprawdę mam ambitne zajęcia. Wszyscy powyjeżdżali.
Wszycy oprucz mnie, ja sobie musze w domu siedzieć i patrzyć jak jedno głupie słoneczko jarzy się na liście kontaktów gg. To denerwujące.
Jedna beznadziejna osoba i wszytsko.
A mam jakieś 100 zapisane. Mam nadzieje że jutro się coś zmieni,
że ktoś wyleje na mnie więcej niż szklankę wody,
że się wyżyję psychicznie i emocjonlanie,
że Agnieszka wróci i poprawi mi humor,
że Paszczi nauczy się śpiewać piosenki a nie Blalaal, YEAH !
że nie będzie nudno ?
Eh, sama rzygam swoją obecnością .
Jestem jednocześnie swoim jedynym przyjacielem i wrogiem.
Jakie filozoficzne wnioski.
Biorę się za lekcje ... Z nudów oczywiście.
skomentuj (5)
Napisała - Madzia
Kiedy - 2006-04-05 19:31:43
Wiosna, wiosna, wiosna ah to ty ?
-Tak to ja ...
Takie jakiś początek się ułożył, wogóle bez sensu. Nudzi mi się, myśle, o tak dużo sobie rozmyślam. Płaczę nad matematyką (teraz to normalne).
Mój dzień wygląda tak, wracam, jem, śpię, lekcje, płacz nad głupią metametyką, komputer, telewizja, spanie. Czekam teraz na taką prawdziwą wiosne, kiedy będzie już tak bardzo ciepło. Teraz pogoda taka niepewna, nastrój ponury, a za oknem roześmiane dzieci, taplające się w błocie.
Cholera. Znowu to samo. Globalne poprawienie nastroi, a mój się pogarsza
(oby chwilowo).
Wracając do ogólnego tematu , nie jest jednak tak źle. Nauka jak nauka.
Rodzice jak rodzice. Znowu myślę nad stworzeniem własnego, indywidualnego stylu ale to chyba od początku nastęnego roku. Naszło mnie na pannę Lavigne ...
Nie wiem dlaczego ? Tak poprostu, a może to po dzisiejszym żalosnym programie na mtv ,,chce być twoją własną avrile lavigne,, , a koleż sobie wybrał własną Britney Spears (śmiech) !
O, a propo smiechu. Przypomniała mi się dzisiejszy zakład na fizyce z paszczim.
Oczywiście wygrałyśmy i Karcia musi wykonać wcale niebanalne zadanie.
Nie wiem jak to zrobi ? Sama w życiu bym się na coś takiego nie zgodziła, ale Karola to Karola.
Po za tym stałam się zapalonym kibicem.
Oglądam sobie mecz, rozmawiam z ludźmi na gg. Oczywiście każdy obstawaia swoje drużyny i się im kibicuje.
Tutaj pozdrawiam Piotrka, Dudzie, Sylwuś moich wiernych kibiców :*
No i chyba tyle, kawałek z życia.
Ale jakże mały? Malusieńki, jak okruszek, cząsteczka, atom ?
Nie, ten kawałek jest jescze mniejszy!
A teraz coś z innej bajki czyli moja praca na konkurs o tematyce olimpijskiej:
,,Prawdziwa łyżwiarka,,
Nie było niemal dnia, żeby Dona, wracając z treningów nie zajrzała do tego magicznego sklepu. Odkryła go przypadkiem, jakieś dwa miesiące temu. Nikt, nawet najbliższe przyjaciółki nie zostały powiadomione o odkryciu. Ot, sklep z piłkami, dresami i innymi dodatkami dla sportowców. Jakieś zakurzone stroje, poszarpane sukienki dla wytwornych łyżwiarek. Z pozoru nic zwyczajnego. Ale tylko z pozoru. Za wystawą była specjalna gablota, udekorowane kostiumami, łyżwami i wpinkami. Dona kochała to miejsce.
I zawsze marzyła, że pewnego dnia na olimpiadzie uda jej się wystąpić w jednej z tych wspaniałych sukienek. Marzenie było do zrealizowania, ale wymagało to wiele wysiłku, pracy i starań.
Dona pragnęła zdobyć złoty medal w jeździe figurowej. Tak, to było z pewnością jej największe marzenie. Każdego dnia, gdy biegła na trening ze starą skórzaną torbą myślała tylko o tym momencie, w którym stanie na lodowisku i zacznie ćwiczyć. Jednak dziś było inaczej. Zdenerwowana biegła, trącając przechodniów. Nic się nie liczyło, tylko dzisiejsza jedynka z geografii.
-No tak – pomyślała – teraz pewnie, dostanę szlaban na wszystko, co się rusza i oddycha.
Lecz nie miała czasu dłużej gdybać nad obecną sytuacją, bo weszła do szatni lodowiska.
Wszędzie czuć było chłód, zapach spoconych dziewcząt i stęchliznę.
Szybko przebrała się i założyła swoje stare, ale jakże wspaniałe figurówki. Były one jej całym życiem, twierdziła nawet ,że są jak skrzydełka unoszące ją nad taflą lodu.
Rozczulona ruszyła do głównej sali. Po krótkim rozciągnięciu była już na lodowisku, lecz trenera wciąż nie było. Zdenerwowana zaczęła krążyć bezmyślnie po zimnej tafli. Po chwili zrobiła smętny piruet i stanęła, wbijając czubek płozy z furią w lód.
Przed nią wyrósł jej trener – Mariusz.
-Przepraszam Dona, że musiałaś czekać. Miałem ważne spotkanie. Rozciągnęłaś się już ? – wydyszał.
-Tak, możemy zaczynać ?! –prawie wykrzyczała i stanęła nieruchomo, czekając na właściwą muzykę i reakcję trenera. Spodziewała się jakiejś reprymendy za to, co powiedziała, jednak Mariusz tylko zdjął kurtkę i włączył płytę. Było jej trochę głupio lecz zarumieniona zaczęła jechać, najpierw wolno, potem coraz szybciej. Występ przerwał jej gwałtowny upadek. Zdesperowana wstała, ale sytuacja się powtórzyła. W tej samej chwili poddała się i wybuchnęła płaczem, zerwała swoje rękawiczki i zaczęła rozsznurowywać łyżwy. Zaniepokojony trener podjechał do niej i łagodnie zapytał
-Co się stało ?
-Pan nic nie rozumie –powiedziała i pociągnęła nosem – nic mi nie wychodzi, tak bardzo chcę wygrać jakieś zawody, marzę o jakimś medalu, ale to jest takie trudne. Codziennie trenuję, poświęcam się całkowicie łyżwiarstwu, a w szkole tez nie idzie mi najlepiej. Moja mama wciąż na mnie krzyczy. Naprawdę jest mi tak ciężko … . - To mówiąc wstała z pomocą Mariusza i się otrzepała.
- Pamiętaj Dona, życie ludzkie, to jakby olbrzymie zawody sportowe, których jesteśmy zarówno uczestnikami, jak i widzami. Powinnaś o tym pamiętać i wiesz co ? –dodał po chwili zamyślenia – Na dziś już skończymy, ale jutro zostaniesz dłużej ? No dobra, zmykaj już.
Dziewczyna nie miała już siły protestować, więc zrobiła to, co kazał. Wracając do domu wciąż powtarzała słowa trenera. I zrozumiała, że nie chodzi o wygraną, chodzi o występ. Na jej twarzy zagościł uśmiech. – Do olimpiady mam jeszcze cztery lata … - pomyślała. –Jak się postaram, może się uda ?! Kto wie? Z tą myślą wszystko się zmieniło. Dziewczyna tańczyła z
prawdziwą pasją, werwą i zapałem.
Zawsze chciała ćwiczyć i ćwiczyć, a po nieudanym upadku szybko wstawała, nie patrząc na pomyłkę. Za dwa tygodnie miały być zawody eliminacyjne.
Dona , na samą myśl dostawała czkawki i skakała z radości. Na jej kalendarzu już od dawna, były skreślane dni do tego wydarzenia wielkim czarnym markerem.
Można powiedzieć , że nawet nie zauważyła aż nadszedł jej pierwszy, tak ważny występ. Ubrana była w czarną sukienkę, mieniącą się brokatem.
Oczywiście, jak można się domyślić pochodziła z owego magicznego sklepu.
Wyglądała jak porcelanowa laleczka z delikatnym, dziewczęcym makijażem.
Trzymając w ręce szczęśliwe figurówki, szła do szatni. Zjadała ją wielka trema.
Chciała skakać ze szczęścia ! Ale czy to coś da – myślała. W końcu nadeszła jej kolej.
Roztrzęsiona wyjechała na lodowisko. Podniosła rękę, by choć trochę przyćmić reflektory, rozejrzała się po widowni i zaczęła szukać wzrokiem swojej matki, ale nigdzie jej nie było. Zorientowała się, że mimo wszystko musi zatańczyć.
Uniosła głowę w górę i usłyszała muzykę. Teraz nadszedł jej czas, jej własne pięć minut.
Dała z siebie wszystko i jechała jak najlepiej mogła. Jej układ był bardzo dynamiczny, a ona z tryskającą energią wykonywała kolejne, coraz to trudniejsze figury.
Wiedziała, że jej przejazd zaraz się skończy, jednak wiedziała też, że zaraz czeka ją najtrudniejszy skok. Pewna siebie zamaszyście przygotowała się do odbicia, lecz nagle poczuła, że uderza twardo głową o zimny lód.
Potem krzątanina ludzi, radość rywalek, krzyk bliskich i obudziła się w szpitalu.
Miała wrażenie jakby to wszystko trwało zaledwie kilka minut. Całe lata ćwiczeń, przygotowań i ten występ były zaledwie kilkoma chwilami. Po chwili Dona otworzyła oczy,
chciała przewrócić się na drugi bok niewygodnego szpitalnego łóżka lecz nie mogła
jej głowę oplatał ściśnięty bandaż, a ręka była w gipsie.
Wycieńczona dziewczyna zamknęła oczy i poznała dopiero teraz gorzką prawdę.
Nie pojedzie na olimpiadę, nie będzie mogła zdobyć złotego medalu.
– Może – głośno powiedziała- może już nigdy tego nie dokonam ?! - I poczuła że łzy jej napływają do oczu. Przecież tyle się starała ! Tyle pracy na nic ? – pytała siebie załamanym głosem. Nie miała czasu myśleć, bo do jej pokoju wszedł Mariusz. Zaczął opowiadać całą sytuację i wytłumaczył, że miała ogromne szczęście, bo przecież mogła złamać nogę.
Nawet raz zażartował ,że upadła całkiem jak profesjonalista, ale po chwili dodał
iż z pewnością kiedyś jeszcze pojadą na olimpiadę.
Jakoś nie bardzo chciała w to wierzyć, powoli ociągając się wymusiła na twarzy uśmiech, gdy nagle zobaczyła pogodną twarz stojącej nad nią matki. Obie natychmiast rzuciły się sobie w objęcia. Wzdychając, opowiedziały sobie wszystkie zmartwienia i problemy.
-Córeczko, właściwie bardzo żałuję, że mnie nie było na tak ważnym występie.
To wszystko przez tego naszego starego Fiata! Nie chciał zapalić … - tutaj urwała uśmiechając się, kontynuowała dalej –Jak tylko się dowiedziałam, co się stało, przyjechałam pierwszym lepszym autobusem.
-Wiem mamo, tym razem się nie udało. Zresztą będą ważniejsze występy, ale obiecaj ,że jak już będzie olimpiada, to się nie spóźnisz ?
-Obiecuję – powiedziała jej matka i jeszcze mocniej ją przytuliła.
Wtedy Dona zrozumiała naprawdę słowa trenera.. Powinna być, zarówno widzem jak i uczestnikiem, a ona była tylko tym drugim. I za dużo myślała o dobrym wyglądzie, sukienkach, o niezdrowej rywalizacji i wywyższaniu się.
Bo przecież nie o to chodzi ?
Rozmyślając nad tym, spokojnie zasnęła. Zgadnijcie, co jej się śniło ?
Oczywiście złoty medal z igrzysk olimpijskich i cudowny uśmiech mamy stojącej na skrzyżowaniu wraz z zepsutym autem. I nagle poczuła się jak inny człowiek.
No to jak wam się chciało czytać wyraźcie swoje komentarze, proszę ...
I tak was kocham, wszytskich :*
skomentuj (11)
Napisała - Madzia
Kiedy - 2006-03-17 21:02:04
Przygody to nie mój wybór, to moje przeznaczenie.
Tak, ale na razie nie udzielają mi się żadne przygody. Jeśli nie liczyć anginy z grypą i leżenia w łóżku. To są moje obecna przygody. No chociaż temperatura 39, to swego rodzaju przygoda tak jakby na haju. Ogólnie jestem wściekła. Z powodu mojego chwilowego (a może już tak na stałe) kalectwa nie jesdziemy na konkurs, chyba że wyzdorwieje na wtorek.
Biore okropne leki :P No i oczywiście mamy cudne rekolekcje ... Ksiądz się podobno fajnie przebierał, a mnie nie ma. Ja to mam farta, jakieś fajne to ja jestem chora. Wogóle jestem fartowna jakaś taka, ostatnio przyszedł mi fajny kuponik z karty stałego klienta. Powydzierałam się na jakieś ostro walnięte dzieci taplające się w tych resztkach śniegu. A co do śniegu, to już mi dupą zaczyna wychodzić. No może jeszcz nie, ale niedługo. Ja chce już wiosny już niedługo 21 marca. Oczywiście spędzę go jak anjbardziej odpowiednio. Rano wezme jakieś okropne leki ... Pojade ozbaczyć mój ,,wspaniały,, zespół ewnetualniue z nim zaśpiewam. Wrócę do domu i połoze się do łóżka. Teraz informacje dla ludzi którzy nie mogą się doczekać aż wrócę do szkoły to wracam w czwartek lub środe. Hm, przepraszam was już ale ide się krztusić, prychać, wykaszlać na amen bo za dużo syropu wypiłam ...
skomentuj (7)